wtorek, 26 sierpnia 2008

koci świat

ostatni sierpniowy wyjazd zakończył się miłą znajomością z pewnym panem.
ów osobnik ma zaledwie kilka miesięcy, niespożytą energię i siły "do walki" ze wszystkim co się rusza...


i oto Pan Kot:



Pan Kot traktował mnie tylko jako poduszkę, na której można uciąć sobie drzemkę, ewentualnie jako obiekt do gryzienia:



zupełnie inaczej obchodził się z aparatem...

to zdjęcie powinnam zatytułować: "z miłości do Olympusa" i wysłać na stosowny konkurs ;)


a tu kilka ujęć z walk Pana Kota z naprawdę groźnymi przeciwnikami:
ziemniakiem i źdźbłem słomy



już niedługo zamieszczę kilka wspomnień z ostatniego pobytu w warszawie i cudownego koncertu sigur rós :)

czwartek, 14 sierpnia 2008

off festival :)


już tydzień mija od off festiwalu, a ja do tej pory nie znalazłam chwilki czasu na podsumowanie. wiem tylko tyle, że te dwa dni to zdecydowanie za krótko. ledwo się zaczęło, człowiek wczuł się w festiwalową atmosferę a tu już po wszystkim. i znów trzeba czekać rok...

najlepszy koncert na imprezie dał Czesław! bawiłam się wybornie i ogromnie żałowałam, że tak krótko. potem było afterparty na scenie MySpace, ale problemy z nagłośnieniem, złośliwa ochrona, zagłuszające hałasy ze sceny głównej zepsuły atmosferę. a szkoda :(

żaba tonie w betonie (live)

z polskich zespołów bardzo dobrze wspominam Lao Che. To był mój pierwszy koncert, ale wyszłam zauroczona :)
niektórzy twierdzili, że panowie powinni uświetniać swoim występem Woodstock, ale wg. mnie idealnie pasowali na offfestiwalową dużą scenę w nocnej porze. przynajmniej nikomu nie chciało się spać ;)

hydropiekłowstąpienie (live)

byłam jeszcze na Heyu, ale tu bez większych rewelacji. ot, taki sobie koncert.
podobne odczucia miałam po Budyniu i Sprawcach Rzepaku.

największymi szczęściarzami festiwalu były Muchy! ulewny deszcz spędził pod zadaszony namiot prawdziwe tłumy. chłopcy w najpiękniejszych snach nie podejrzewali, że aż tyle osób będzie chętnych posłuchać ich koncertu ;)

to tyle o polskich artystach. teraz czas na "zagraniczniaków":

numerem jeden z tej kategorii jest dla mnie British Sea Power! wspaniały występ i dobry kontakt z publiką. poza tym stałam na tyle blisko, że dane mi było widzieć co się dzieje na scenie ;)
Podobało mi się także na Mogwai, chociaż aura tego koncertu była masakryczna. Nie dość, że byłam kompletnie mokra i zmarznięta to jeszcze okropnie chciało mi się spać ;)
Natomiast nie do końca rozumiem zachwytów nad Caribou i Jamesem Chance...

waving flags (live)

najbardziej żałuję nieobecności na Waglewskich, Menomenie i Singapore Sling, ale festiwal to sztuka wyboru :)


ps. zdjęć własnych z offa nie posiadam przez głupi regulamin zabraniający wnoszenia "profesjonalnych" aparatów. nawet nie wiedziałam, że mój olympus sp-56ouz jest profesjonalny...

środa, 6 sierpnia 2008

bułgarskie dziwactwa

czyli krótka historia autobusowa.

tuż po przylocie do Burgas zaczęliśmy rozglądać się za przystankiem autobusowym, z którego udałoby się nam dostać do Rawdy. Na szczęście nie mieliśmy z tym większym problemów i po krótkiej naradzie z miłym Polako-Bułgarem dotarliśmy na właściwe miejsce. Nie musieliśmy martwić się o rozkład, bo autobus podjechał najszybciej jak może to sobie wyobrazić spragniony snu turysta - musieliśmy go gonić!
Po wejściu do środka podążyłam w stronę kierowcy w celu zakupienia biletów, ale w połowie drogi zawróciła mnie... konduktorka o wdzięcznym imieniu Teodorka :P
I tak pobrałam pierwszą lekcję autobusowego savoir - vivre albo raczej survivalu: po wejściu do środka, siadaj na tyłku a nie biegaj po autobusie.
Obawialiśmy się czy 10 lewa, ktore mieliśmy w portfelu wystarczy na bilety i ku naszej uciesze zapłaciliśmy tylko 3,80 od osoby.
Kolejne przygody z komunikacją miejską przebiegały sprawniej. Wystarczyła jedna wyprawa do Nessebaru by przekonać się, że rozkład jazdy nie jest często spotykanym dobrodziejstwem, a nawet jeśli widać tabliczkę z godzinami odjazdów to tak naprawdę nikt tego nie przestrzega!
Dopiero po jakimś czasie zauważyłam, że na każdej tabliczce pisze dokładnie to samo! Wynikało z tego, że autobus powinien w przeciągu minuty objechać kilkanaście okolicznych przystanków.
Do dzisiaj nie wiem dlaczego wszędzie widniały te same godziny odjazdów :P
Podobnie jak i czarną magią były dla mnie ceny biletów! Na trasie do Nessebaru płaciliśmy od 0,80 do 1,1 lewa ;) Powrotna trasa na lotnisko koztowała nas już 5 lewa od osoby, a wycieczka do Warny 10 lewa (pocieszające było to, że bez względu na przystanek, na którym wsiadałeś płaciłeś tyle samo...)
No cóż, Bułgaria to dziki kraj :P

A oto moja galeria biletowa:


Wspominałam już, że trasę do Warny liczącą ok. 100km pokonywaliśmy 3 godziny. Dlaczego? Otóż kierowca przed wyjazdem z Nessebaru zrobił sobie 20 minutowy postój na papierosa. Podobny, tyle że dłuższy czekał nas w Słonecznym Brzegu i Obzorze.
Na szczęście droga powrotna trwała tylko 2 godzinki, a ja spędziłam ją na wspólnym siedzeniu z wyjątkowo grubym Bułgarem, który zaglądał mi przez ramię do czytanego przewodnika ;)

Jeszcze jednym dziwactwem Bułgarii, o którym wspomnę są elewacje domów wykonane w jarzeniówkowych kolorach! Królują zestawienia krwistej czerwieni z odblaskową zielenią, purpury z żółcią i wszechobecnego ceglastego we wszystkich odcieniach.
Jednak największej rozrywki dostarczał nam ten oto, niewykończony jeszcze budynek:



I tak sobie myślimy, że kiedy kolejny raz zawitamy do Rawdy koniecznie musimy się w nim zatrzymać ;)

Na koniec "pocztówka z wakacji":

bułgarskie wędrówki

Kilka wspomnień z Nessebaru i Warny oraz innowacja w ruchu drogowym czyli czego możemy się nauczyć od Bułgarów :)


widok na Słoneczny Brzeg


Jako, że nasza miejscowość była położona zaledwie 3 km od Nessebaru byliśmy częstymi gośćmi w tym przeuroczym miasteczku (inna kwestia, że tylko w Nessebarze był bankomat, z którego mogliśmy pobierać pieniądze bez prowizji :P )
Nessebar składa się z dwóch części - starej i nowej. O tyle, o ile w nowych dzielnicach nie ma nic ciekawego, o tyle stare miasto potrafi zauroczyć. Nie na darmo wpisano je w całości na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

zachód słońca w nessebarskim porcie


Niestety Bułgarzy nie do końca wierzą, że zabytki, muzea i galerie mogą być interesujące, a sam spacer uliczkami wybrukowanymi kocimi łbami ma swój urok. Zapewne dlatego też pozamykali stare świątynie na trzy spusty, lub udostępnili je odwiedzającym w godzinach 8-14 (muzea są czynne podobnie). Genialnym posunięciem jest pozastawianie zabytkowych kamienic straganami sprzedającymi bułgarskie "pamiątki" made in China.
Ale kto chce poczuć prawdziwy klimat Nessebaru z pewnością go poczuje. Wystarczy tylko zejść z głównych, hałaśliwych ulic.

jedna z uliczek



kilka ujęć Nessebaru


z wycieczką do Warny było już więcej kłopotu niż z Nessebarem, głównie z powodu odległości. Warna znajduje się około 100 km na północ od Rawdy i trasę tą pokonuje się w "zaledwie" 3 godziny!
Bułgarskie autobusy potrafią zaskoczyć... ale o tym innym razem ;)
Warna jest ogromnym miastem, pełnym turystów. Ma duuuże, ładne plaże, które niestety oglądaliśmy tylko z lotu ptaka.



Ma też delfinarium z czterema miłymi delfinkami :)



I piękną Cerkiew Zaśnięcia NMP:



Jednak, żeby nie było tak kolorowo trzeba wspomnieć o kompletnym braku oznakowania atrakcji! Nie zwiedziliśmy Muzeum Etnograficznego, bo na każdej mapie widniało w innym miejscu...
Muzeum Marynarki Wojennej pełne okrętów i łodzi podwodnych było nieczynne z powodu remontu... Tylko w Bułgarii w szczycie sezonu turystycznego remontuje się muzea ;)
W zamian za to postanowiliśmy pooglądać rybki w Akwarium. I kolejne rozczarowanie... budynek wyglądał jak żywcem wyjęty z PRL, zwierzęta ledwo żywe pływają w brudnych akwariach, przez szyby niewiele widać...
Nagrodą za ten koszmar było spotkanie kociej rodziny tuż obok rzymskich term :)




Na koniec coś co mnie zszokowało - licznik sekund odmierzający czas do kolejnej zmiany świateł! Co jak co, ale pod tym względem mogłaby Polska wziąć przykład z Bulgarii ;)

wtorek, 5 sierpnia 2008

bułgarii ciąg dalszy

czas na kolejne wspomnienia z Bułgarii. tym razem będzie krajobrazowo

wybrzeże Ravdy

droga na plażę


pełnia


wybrzeże Ravdy nocą


wschód bułgarskiego słońca widziany z okien autobusu,
który niestety zmierzał na lotnisko


bułgarskie niebo


choć to może się wydawać nierealne,
w Bułgarii czasem pada deszcz


poniedziałek, 4 sierpnia 2008

bułgaria od kuchni

wróciliśmy zadowoleni, opaleni, wypoczęci i... zdziwieni. czym? bułgarią, która dla nas okazała się szalonym, "dzikim" krajem ;)
a dlaczego dzikim? o tym już po kolei...

bułgarskie jedzenie, które najkrócej można podsumować jako "olej + sól" poważnie zaszkodziło naszym żołądkom. zaszkodziło do tego stopnia, że ostatni tydzień upłynął nam na pizzy i sałatce szopskiej czyli jedynym jadalnym daniu.
potrawy są podawane w "tradycyjnej" ceramice, która dziwnym trafem kojarzy się mi się z wakacjami w małopolskiej wsi ;)

kawarma czyli gęsta, tłusta zupa z duszonego mięsa, cebuli i pieczarek

bułgaria to kraj pełen dymu - bo tutaj pali każdy! oczywiście popielniczki są dopasowane stylistycznie ;)


bułgaria to kraj ludzi otwartych, którzy uwielbiają dosiadać się w knajpie do innych. tym samym prawie zawsze mieliśmy mniej lub bardziej rozgadanych towarzyszy posiłku.
bariera językowa nie stanowi problemu, a o tym przekonałam się już pierwszego dnia przy spotkaniu z właścicielką naszego pensjonatu i jej szaloną mamuśką ;)
ona do mnie mówiły po bułgarsku, ja do nich po polsku. nikt nic nie rozumiał, ale było śmiesznie.

kolejną bułgarską atrakcją były mewy - całkiem dorodne, wrzeszczące stworzenia, których dopatrywaliśmy się jako dania w bułgarskiej kuchni.


mewizna, dla turystów "chicken" jest zapiekana na wielkich rożnach i serwowana w ćwiartkach lub połówkach.
wyłapywaniem mew zajmują się profesjonalni "mewboye". w bardziej rozwiniętych restauracjach na dachach działają słoneczne grille, takie jak na poniższym zdjęciu:



bułgarskim przysmakiem są kiełbaski z grilla, podawane w dość nietypowej formie



a oto bułgarska mussaka, która do dzisiaj śni mi się w najgorszych koszmarach
serwowana z kwaśnym mlekiem i surową białą kapustą... nie ma się co dziwić, że mój żołądek powiedział "dość"...



a oto miejscowe piwo zagorka. na zdjęciu w wersji "gold" czyli tylko 4%



i coś co przenosiło nas do nieba: pyszne, białe, półwytrawne winko!